Tadeusz Borowski - opowiadania: „Proszę państwa do gazu”, „Ludzie, którzy szli”
Ludzie, którzy szli - Ściągi, wypracowania, lektury - Bryk.pl
„Ludzie, którzy szli”, „Proszę państwa do gazu” - streszczenie i opracowanie
Literatura obozowa. To opowiadanie może pojawić się na maturze - Bryk.pl

Data wydania: 1946, 1947
Epoka: Wojna i okupacja
Rodzaj: epika
Gatunek: opowiadanie
Geneza: Tadeusz Borowski trafił do obozu w 1943 roku. Genezę opowiadania „Ludzie, którzy szli”, stanowią zatem autentyczne przeżycia pisarza. Wspomina on obozową codzienność, po czym zestawia ją z opisami okrucieństwa oraz bezlitosnego masowego mordowania ludzi.
Człowiek zlagrowany
Termin ten wywodzi się od niemieckiego słowa „Lager”, czyli obóz i charakteryzuje stosunek ludzi do otaczającej ich obozowej rzeczywistości. Oznacza on postawę, jaką przyjmowali więźniowie sowieckich obozów pracy (łagrów) oraz niemieckich obozów koncentracyjnych w obliczu losu, jaki im przypadł. Zagrożenie życia i okrutne warunki obozowe doprowadziły do odrzucenia wszystkich uniwersalnych wartości, jakie cechować powinny ludzi. Więźniowie, w celu ocalenia życia, dopuszczali się strasznych czynów, również kosztem współwięźniów, ponieważ przyjęli, że najważniejsza jest próba ocalenia własnego życia i utrzymania egzystencji w biologicznym rozumieniu. Człowiek zlagrowany dbał więc przede wszystkim o siebie, odrzucając przy tym wartości etyczne.
Problematyka
W opowiadaniu „Proszę państwa do gazu" Tadeusz Borowski poruszył problem człowieka zlagrowanego. Takiego, który robi to, co inni mu każą, bo nie ma innego wyboru. To ukazanie życia człowieka, który po prostu chce przetrwać w zepsutym świecie. Utwór przedstawia świat obdarty z człowieczeństwa. Głównym bohaterem „Proszę państwa do gazu" jest Holocaust -- ludobójstwo dokonane na Żydach w czasie II wojny światowej. Ważnym pytaniem, jakie należy postawić sobie po lekturze, jest to, czy należy winić uprzywilejowanych więźniów za ich współpracę z nazistami. Starali się przeżyć. Choć byli wśród nich i tacy, którzy tylko czekali na kolejne transporty.
„Proszę państwa do gazu" - interpretacja
Panujące upały spowodowały znaczne rozprężenie na terenie lagru. Ludzie nie chodzili do pracy, wygrzewali się lub poszukiwali cienia. Od pewnego czasu nie przychodziły nowe transporty, co napawało niektórych obawami. Większość rzeczy posiadanych przez więźniów pochodziła właśnie z dóbr odebranych przywiezionym. Na rampie można było zaopatrzyć się w części garderoby (głównie koszule i buty), jedzenie, picie (przeważnie alkohol) i, jeśli udało się uniknąć czujnych oczu esesmanów, wartościowe przedmioty na handel.
Praca na rampie okazuje się dla Tadka, narratora opowiadania, koszmarem. O ile z pierwszym transportem jeszcze sobie radził, dwa kolejne napełniały go odrazą i przerażeniem. Sterty trupów, podduszone niemowlęta, matki wyrzekające się swoich dzieci -- wszystko to niewątpliwie wywierało piorunujące wrażenie, nieporównywalne z niczym innym. W pewnym momencie narrator zaczął zastanawiać się, czy jest dobrym człowiekiem, ponieważ w ogóle nie współczuł przywiezionym, wręcz ich nienawidził, ponieważ to z ich powodu musiał pracować. Kiedy prosił Henriego o buty, nawet nie wyobrażał sobie, jak okrutne wydarzenia rozgrywają się na rampie.
O wiele lepiej radzili sobie ludzie doświadczeni. Dla nich praca przy rozładunku pociągów była czymś zupełnie normalnym. Szli tam przede wszystkim po to, by zabrać co nieco dla siebie. Andrej -- Rosjanin -- brutalnie potraktował matkę uciekającą przed swoim dzieckiem. Mężczyzna znieczulał się alkoholem, by móc pracować niczym maszyna. Podobne zachowywali się znajomi Tadka -- Marsylczyk oraz Henri. Wypowiedź tego drugiego, który nie tracił zimnej krwi nawet wtedy, gdy do obozu przybywali ludzie z jego ojczyzny, potwierdza skalę jego „fachowości". Jak sam twierdzi -- przez jego ręce przeszło może i milion osób. Nie jest to dla niego nic nadzwyczajnego.
Ludzie przywożeni wagonami wpadali w panikę. Transportowano ich w okrutnych warunkach (wagony były całkowicie zabite deskami, brakowało powietrza i wody, nie było toalet). Wyjście na zewnątrz często powodowało u nich obłęd, szczególnie u tych, którzy domyślali się swojego losu. Na porządku dziennym były matki wyrzekające się dzieci (by uniknąć zagazowania), ludzie biegające dookoła z przeraźliwym krzykiem. Nad wszystkim czuwali jednak Niemcy, nie dopuszczając do żadnych gwałtownych zachowań. Dla nich przybyli byli tylko kreskami w rachunkach.
„Proszę państwa do gazu" -- ów tytuł dzieła Borowskiego jest niezwykle wymowny. „Przywitanie" nowoprzybyłych było okrutne, ale „obozowa etykieta" nakazywała oszukiwać ich do samego końca. Dlatego też nie znali swojej przyszłości, do końca myślieli, że idą do łaźni, a później czeka ich nowe życie. Pewna część przywożonych była przeznaczana do obozu -- ci kierowali byli na lewo (nie w stronę ciężarówek), ale byli to przede wszystkim ludzie zdrowi i zdolni do pracy. Jak mówił narrator -- gaz i tak ich nie ominie, lecz jeszcze trochę się pomęczą.
Opowiadanie Tadeusza Borowskiego ukazuje proces degradacji człowieka w obozie koncentracyjnym. Wśród pracujących na rampie nie było osób, które pomogłyby nowym więźniom. Traktowali oni swoje obowiązki mechanicznie, wręcz pogardzając osobami wychodzącymi z wagonów. Dobitnie potwierdza to wypowiedź Henriego. Francuz zaznaczał, że rampa jest miejscem, gdzie można wyładować negatywne emocje. Tadek nie był jeszcze do końca zlagrowany, czego dowodzą jego sentymentalne słowa o chlebie z Warszawy (początek dzieła). Dlatego praca ta była dla niego źródłem bólu i wstrętu. Sam jednak twierdził, że czuł do tych ludzi przede wszystkim nienawiść. Być może nie podzielał on radości całej brygady podczas powrotu, ale miał świadomość, że zdobyte rzeczy posłużą także jemu.
Z postawami więźniów obozu skontrastowane zostały zachowania transportowanych, którzy mieli jeszcze możliwość wyboru. Siwa kobieta przygarnęła wyciągnięte z wagonów dzieci, by nie dopuścić do strzelaniny. Piękna dziewczyna sama zdecydowała o swojej przyszłości, wybierając komorę gazową. Widocznie nie chciała stać się takim człowiekiem jak ludzie pracujący na rampie.
„Ludzie, którzy szli" - interpretacja
W obozie toczy się normalne życie. Ludzie konfrontują się ze swoimi problemami, szukają sobie zajęć. Od połowy maja na rampę licznie wtaczają się pociągi, transportujące nowych więźniów. Zza ogrodzenia lagru doskonale widać wzmożóny ruch.
Tadek nie współczuje tym, których brutalnie wypędzano z pociągów. Pracując na dachach w Perskim Rynku, wyraźnie daje do zrozumienia, że jest tylko robotnikiem, a jego największe pragnienie to przetrwanie obozu. Nowi mogą być problemem dla mniejszych numerów -- ich nieumiejętność dostosowania się do warunków obozowych zwraca uwagę Niemców, nie wspominając już o zgubnych konsekwencjach odkrycia przez nich pewnych działań bardziej doświadczonych kolegów.
W rzeczywistości obozu nie było miejsca na współczucie. Jednak ludzie, którzy szli, wrzucali za siatki jedzenie i różne kosztowności. Wiedzieli, że więźniowie znaleźli się w dramatycznej sytuacji, więc chcieli im pomóc. Być może część z nich nie miała pojęcia o tym, co ich wkrótce czeka. Z kolei sami osadzeni zupełnie nie przejmowali się ich losem, starając się jedynie przeżyć kolejny dzień jako tako spokojnie.
W opowiadaniu Tadeusza Borowskiego nie brak jednak przykładów postaw zwyczajnie ludzkich. Ruda blokowa stara się zrobić wszystko, by kobiety osadzone w Perskim Rynku mogły jak najdłużej cieszyć się życiem i uniknąć rychłego zagazowania. Próbuje również znajdować im kolejne zajęcia (nawet przyglądanie się występom), które miały odwrócić uwagę kobiet od głodu. Inna blokowa -- Mirka -- chciała uratować znalezione dziecko, ukrywając je przed esesmanami. Na pragnieniu posiadania takiego maleństwa przyłapał się także narrator. Przybycie nowych więźniów zaburzyło obozowy spokój.
W tle lagrowej codzienności rozgrywał się prawdziwy dramat setek tysięcy osób. Skala ludobójstwa była olbrzymia, kominy wciąż dymiły, ludzie cierpieli. Auschwitz zmuszał jednak osadzonych do życia -- nawet, jeśli toczyło się ono w cieniu krematoriów i ludzkich tragedii.



